niedziela, 18 lutego 2018

Empatia

Ciekawe zagadnienie.
Czym jest empatia w rzeczywistości i czy można się jej nauczyć?

Myśląc o empatii kojarzę ją z umiejętnością współodczuwania. Ostatnio mnie wybił z trajektorii myśli polski rząd, który miał rzekomo krzewić empatię wśród urzędników. Tak, mają się nauczyć współodczuwania z liskiem za złamaną łapkę; z niedźwiadkiem za oponkę brzuszka po zjedzeniu miodku; pieskiem za pustą miseczkę i tak w ogóle mają się nauczyć czuć. Jezu, co za brak intelektu rzucił taki pomysł?

Na tym od lat polega dobór urzędników, że nie mają kierować się prywatą w żadnym aspekcie, a ich odczucia tą prywatą są. Codziennym zadaniem jest dogniatać plebs, bo kto poza nim będzie na ich utrzymanie pracował?
Przecież jest jasne i jako kwestia nie podlega sporowi, że artysta plastyk nie marzy o pracy urzędnika, a pisarz popuszcza wodze fantazji w kierunku obserwacji dalece rozbieżnych z okólnikami, natomiast chirurg nie może odczuć cięcia, podobnie policjantowi długopis rzadko kiedy do dłoni pasuje.

Empatia wprost proporcjonalnie związana jest z poznawczymi umiejętnościami jednostki. Im ktoś więcej cierpiał w swoim życiu m.in.
przez bezduszność urzędników, tym głębiej odczuwa ból innych. Umiejętność empatii pojawia się wraz z pierwszymi granicami wczesnego dzieciństwa, czyli w pierwszym etapie nabierania świadomości. Raczkowanie uczy dziecko cierpienia skoncentrowanego na własnym odczuciu i ewoluuje z czasem. Ewolucja emocji może napotkać niemożność wykroczenia poza wewnętrzny układ emocjonalności, czyli osobnik pozostanie skoncentrowany na sobie i ten czynnik decyduje o pracy nie wymagającej współodczuwania w dorosłości.

Empatii nie można się nauczyć przez samą wiedzę o pojęciu. Nie da rady bez prawdziwych łez, cierpienia, zastanowienia nad nim i w cieple bliskiego otoczenia. Zasada jest prosta, jeżeli nie złamałeś nogi, nie odczujesz z kimś jego bólu. Owszem, może być ci smutno, że ktoś cierpi, lecz tak naprawdę będziesz szczęśliwy, że to nie ty jesteś na jego miejscu. Inaczej dokona obróbki poznawczej cierpienia ten, który posiada wspomnienie o nim. Tym bardziej uważam, że polski rząd pomylił się w przesadnym wnioskowaniu nad znaczeniem słowa.

Samo słowo nic nie znaczy, jest tylko pustym terminem dla tego, kto nie poznał jego znaczenia. Polska jest krajem obłudy opisanej w Piśmie Świętym i pismach wszystkich innych religii świata. O tej obłudzie pisali najwięksi poeci nie tylko rodzimi, także zachodni. Teraz zmusza nas rząd do wiary w to, że obłuda przestaje istnieć, bo nakazał naukę urzędnikom z zakresu dla nich nieosiągalnego przed pięćdziesiątym rokiem życia (wtedy zaczynają się pierwsze problemy po stracie rodziców; pierwsze doświadczenia głębokiego bólu i doświadczenie prawdziwego stresu pourazowego).
***
18 lutego 2018 r. by Agar

poniedziałek, 12 lutego 2018

Folwarczne Zagrania

Na głupotę nie ma rady, są kłamliwe sondażownie. Warto zerknąć na układy, one z ludzi kpią wymownie. Do ankiety wiem co bredzić, czyli kreślę wprost odwrotnie! Zamiast kłamu widzę prawdę,  wynik daje to przewrotnie, elektorat podziękuje, wszak ukochał sondażownie.
Kilka godzin (nawet szybko) kiedy czytam o sondażu i aż łza się kręci w oku, że znów nieład jest w Zbarażu. To nie ślady Polski prawej, to wyniki ustawiane! Kręci każdy własne lody, bo ma z unii tak podane.

Tak, podane! Raz kolejny potwierdzone, nawet smugi kaligrafii swojską dłonią prowadzone. Tylko ślady zapachowe, bo na pewno nie-zła laka, zdradzić mogą, że co mija, to już nigdy się nie wraca. Cyrografy sprzed lat wielu, papirusy krwią spisane, a na łąkach bohaterów giezła* zgniłe w rzędach wielu.
Fraszka ciągnie swą opowieść o wspomnieniu lepszej daty. Brzegi kraju rozszarpane, nędzy nie ma, jeno braki.

Teraz raptem brak Polaków, bo z bojaźni wyjechali, chociaż wcale nie musieli, tu zasiłki by pobrali. 
Bosko nam jest, mamy niebo, albo może nie-bo mamy? Wiem, za Teo też coś stoi, lecz logikę odebrali. Tak, logiki tu brakuje, bo wśród wielkiej liczby skutków nikt przyczyny nie rozumie!
Można dostać dziś zadyszki pośród mocy rozporządzeń, ustaw, zasad, artykułów (czytających czas wyczyści, ich kieszenie wśród zależnych), znać pisanych bez rozumów.

Hola! Hola! Nie tak prędko! Przecież dostać można wszystko! Tylko dziób niech naraz zamknie, lub zamilknie szczepień czystką!

Polska wolność?
Tak, wracajcie tu rodacy, bo włodarze chcą mieć pracę za tę chetny naród płaci. Gdy was nie ma starzy cierpią, na ich  nędzę nikt nie patrzy. Zaraz trawę zaczną jadać, bo pomysłów nie brakuje. Rząd już umie zapowiadać, siłę niebios też rozumie, lecz zdrowaśki klepiąc wiecznie, prawdy żywej nie pojmuje. Kiedy mają o czym gadać, znaczy już coś kamuflują. Polityka jest sprzedajna, lecz jej prawość przypisują. Rząd wciąż kłamie, plebs mu nie jest godny łaski (ni pomocy, ni medali, nie dla plebsu są oklaski). Chlew dla słabszych, moc bezprawia – kotkom, pieskom, wszystkim innym. Wracającym czar rykowisk, w nowych czasach ryk naiwnych.

Cicho, zbastuj, cugle ściągnij! Głośno krzyczeć? Strata w życiu. Dziś na-prawdę szkoda czasu, w rządzie świata brak wykwintnych.

niedziela, 31 grudnia 2017

Domowy cyrk?

Jestem, lecz raczej zbyt długo. Piszę kiedy widzę, czytam kiedy mogę myśleć i zastanawiam bezustannie nad tym, po co mi znajomość kilku języków obcych w mowie i piśmie. Rozwój własny?

Chyba tego już nie doświadczę, bo raczej złą jest moja rodzina pochodzenia, w której de facto pomocy nigdy nie było, a ja sama (na własną rękę i tutaj przyznam, że najgłupszy pomysł w moim życiu), zamiast zdechnąć, napisałam prośbę do Duda Pomocy na podobieństwo kilku innych piszących rodaków, nie udzielono mi wsparcia, a po czterech miesiącach znalazłam wskazówkę szukania w internecie, bo widać nie umiem.  Rozumiem, Peło miało ten system wypracowany, tylko jeszcze okradli do cna, tutaj raczej zamordują, bo trutni nie trzeba.

Ten system, który nakazywała poprzednio rządząca partia, czyli zgodny z prawem zatwierdzonym jeszcze wcześniej, narzucanym przez system kraju, który ku zdziwieniu wielu, nie był wcale komunistycznym, ale zwyczajnie nigdy nie odzyskał niepodległości, bo zaprzestanie działań wojennych nie jest datą końca IIWŚ.  Byliśmy czymś z zakresu wyśrodkowanego balansu między bezprawiem socjalizmu, mordami Urzędu Bezpieki na mocy ludowych wyroków, czyli czapa bo sąsiad tak chce, frywolnym oddechem agresywnej demokracji zaraz po wyjeździe wojsk Radzieckich i nagle bez jakiejkolwiek przyczyny narzucono nam konieczność poklasku dla radosnej dekomunizacji. Co może być lepszym określeniem Folwarku Zwierzęcego od demokracji urzędniczej?

Pomyśl tylko Polaku: odpisujesz do Polaka który stracił nadzieję na życie, jemu nie pomoże nikt, jeszcze oddycha, ale od kilku lat nie wstaje: najlepiej szukać idąc na policję! Zaiste – błyskotliwy intelekt i jeszcze bierze za niego pieniądze – Gratuluję wpływowych znajomości. (Policja odmawia pomocy od 2007 roku, pomimo iż Sądy spod władania partii PiS nakazały imienną pomoc dla człowieka w imieniu RP, potwierdziły dodatkowym glejtem zaistnienie finansowego przestępstwa dokonywanego w dłuższym czasie, z podstawą w dokumentach, opartą o przepisy nigdy nie zmienione a super inteligentna lalunia [wyfiokowana Jola – nie mój tekst, ale lepszy od siermiężnych wyzwisk za głupotę] bez sprawdzenia czegokolwiek, odpisuje ci listem z gotowca). Takie tam... niefrasobliwość urzędnicza pod immunitetem?

Ona pozostanie bez kary, bo posiada dobrą przeszłość, co?
Tak tak, posiadam imiennie podpisanego gotowca. Wstyd dla Kancelarii Prezydenta, że latają po mieście pieczątki, skoro to zdementowano z uzasadnieniem: jakieś dziecko bawiło się w pomoc.
Kto ma za to dostać po immunitecie? Co za idiota szykuje Prezydenta na zniesławienie?

Domowy  cyrk trwa. Panie najjaśniejszy Prezydencie, ktoś Pama w kanał wpuszcza, złą renomę robi, ludziom wspomnienia chce odebrać, bo  ponoć nie można wspomnieć żadnego pozytywu własnego życia, bo data urodzenia i jego miejsce, więc dane z metryki, muszą ulec natychmiastowej zmianie. Nie nie, herbów szlacheckich nie mogę żałować, bo i tak z ich tytułu korzyści nie czerpię, dziadowie nie żyją. Dobrze że wcześniej odeszli, bo od kilku lat nikt nie zmienia stawki zasiłków pogrzebowych, a rosną ceny trumien.

Dzisiaj ostatni dzień 2017 roku. Przez cały czas ważniejsi dla rządu byli imigranci i może dzięki Bogu?
Jedni zapraszani pod przykrywką delegacji z Ubera, inni zapominani przez niechęć do nich we własnym kraju, kolejni blokowani z przyjazdem, brakuje tylko więcej wojsk do tarczy, bo Polak do obcych mundurów z urnością podchodzi. Ups! Czy historia też ma zmienić scenariusz? Super kraj.

Kraj zdewociałych świętych, którzy mogą jedynie ukryć prawdę o pochodzeniu. Jeszcze jeden były aparatczyk z mordą wykrzywioną od jedzenia brukwi, ale za to z różańcem w łapie i do chińskiego horoskopu nowy znak ze zdjęciem gotowy, jak to w sieci można odszukać – wężownik. Zasadniczo EXTRA.

piątek, 3 listopada 2017

Demokracja dyskontowa

Dobra zmiana dla wszystkich?

Na pewno zmiana i na pewno jakaś, ale z aspektem jej dobrodziejstw jeszcze się nie spotkałam.
Nie nie, ani nie stoi za mną obcy kapitał, ani  żydowskie pochodzenie, nawet nie służby, czy lewicowe nastawienie polityczne.
Zwyczajnie przeszkadza mi zalegający na trotuarze idiotyzm. Tak tak, raczej o to chodzi, bo choć wiele synonimów głupoty istnieje w rodzimym języku, prawdopodobieństwo trafienia na zrozumienie przestaje istnieć z kolejnymi pokoleniami. Wieś górą, bo dzierżąc władzę jej intelekt wyższy od studiów, a doktoraty i tak ojce za jajka kupią, więc myśleć nie kazano.
Miasta teraz bardziej wiejskie od wsi, bo lata minione preferowały posiadaczy ojców z hektarami. Śmieję się trochę i całkiem mi nie do śmiechu, bo odczuwany dysonans nie pozwala na radość. Właśnie tak musiała zakończyć się migracja – opustoszonymi wioskami i bezimiennym miastem w którym wsiowy urzędniczyna jest wart wielokrotnie więcej od każdego innego człowieka.

Owszem, zmieniło się. Można klepać zdrowaśki na zdekomunizowanej ulicy, można dać upust religijnym dowodom tożsamości i dziękować Bogu za kolejny dyskontowy sam na rogu. Tak tak, w dyskontowej demokracji zmieniło się wiele, prawie wszystko uległo zmianie, a reszta? Reszta resztą, czyli kiełbasy wyborczej ciąg dalszy. Dekomunizacja nie przyspiesza, intronizacja Chrystusa była, ale... No tak tak, zawsze jakieś ale. Możecie sobie mieć wątpliwości, a reszta niech was nie interesuje. Na tym polega dyskontowa polityka. Ma być tanio, dużo i pozornie z oszczędnością, więc tracąc życie i zdrowie musimy dążyć do raka z przesytu chemii w folii, popijać lifolizowany puder do chleba z plew dla świń, a na deser zagryzać czekoladki ubogacone nadmiarem trującego agaru. Byle było pro, bio i arcy. Oj tam oj tam, przecież agar był w żywności zawsze! No, ale norm dla niego nie ma. W dużym stężeniu zabija w kilka sekund nie zostawiając śladów. Samo dobro z natury. Podobnie marchew pieczona na grillu, którą chroni przed ogniem gruba warstwa aluminium. Samo zdrowie i żer dla dyskontowego braku umiaru. To samo z polityką współdzielenia. Jak w PRL-u którego już wspominać nie można. Nieco szkoda, bo film Nocna Zmiana z dymokracji współczesnej nie pochodzi, a w nim arcy ciekawi aktorzy grają. Jakże ważni są obecnie? Tu pytanie otwarte, polecam czytelnikom obraz o tym, co zostało z PRL-u a mamy zapomnieć.

Naród z chorobą dyrektorską? Depresja i rozdrażnienie przy deficycie koncentracji to pozbawione witamin jedzenie z brakiem soli, życie w ciemnośi ze stęchlizną i stres wymagający funkcjonowania o pozorze normy. Przenikanie granic między normą a patologią jest niwelowane na Globie - temat od lat znany, lecz my nie Glob. U nas w Polsce jest tylko jedno pojęcie akceptowalne i jest nim posiadanie. Nie masz? Jesteś słabym złodziejem, bo przecież wszyscy mają. No, tylko że ja nie jestem wszyscy i szalenie sobie cenię to, że nie mam, tym samym nie muszę kraść by utrzymać pozór posiadania. W minionych latach śmiertelność Polaków wzrosła w stopniu zatrważającym, bo mogli pozwolić sobie na pozorny brak umiaru. Wzrosło spożycie, zabrakło wstrzemięźliwości, obniżył się wiek śmiertelności.

Wiara w gruntowne zmiany zaowocowała nie tylko różańcem narodowym, ale pogłębieniem ufności w zmiany bez drastycznych cięć. Nie da się. O kryzysie trzeba mówić, o demokracji deficytem trwającej też, ale o tym że plejadę gwiazd polityki znamy właśnie z PRL, nie można zapomnieć. Na tym polega trwająca przez minione lata polityka dyskontowa - wmówieniu narodowi, że teraz żyje mu się lepiej. Gdzie i z czym lepiej skoro policyjny nadzór trwa, radary wróciły, immunitety chronią, a urzędas może wszystko jako krynica absolutnej mądrości?

Nie ma się sensu oszukiwać, dyskonta stale szukają towarów z najniższą ceną, bo klienci są zbyt chciwi i zapatrzeni w siebie a jednocześnie skoncentrowani na sobie i głupi, żeby nauczyć się liczyć wartości. Nie ma znaczenia czy model jest polityki w dyskoncie, czy chodzi o sklep z wakacjami w tle. Wartością prawdziwą jest życie w zdrowiu przy niewielkich kosztach a nie  wielki brak umiaru, bo cena niska. Przeliczniki życia nie istnieją.

Żeby nie zanudzać pomijam aspekt niewolnictwa dyskontowej pracy i radość rodzin za nią płacących. Pomijam celowo, bo świat odchodzi od dyskont przez zbyt duże straty, ale w Polsce przeżywamy na nie modę od wielu lat. Też koncerny farmaceutyczne zyskują, bo do mąki dodając witamin uzyskują wysoką jakość pozytywnych wyników sprzedaży nowego suplementu diety. Diety dyskontowej, bo dawka witamin możliwych do zakupu bez recepty w naszym kraju, stanowi niewielką część dawek zachodnich. Podobnie z ustrojem kraju. Dekomunizacji nie było, walczymy z tym, że II WŚ nie skończyła się, a pomyłki dokonaliśmy w dniu przekazania zwierzchności decyzyjnej do UE. Zakończenie będzie dopiero wtedy, gdy dobrniemy do dokumntu wojnę kończącego, czyli do tego, co nam daje podstawę dochodzenia roszczeń za straty z tytułu np. bombardowań czy mordu na polskich ziemiach. Jeżeli Polak nie odzyska rozumu, nie sprzeciwi się doczesności własnego podwórka, umrze nagle z  tyłkiem ubogaconym chemią i pustym miejscem po mózgu, ale zaszczepiony chipem wziewnie, bo pomimo zniwelowania smug kondensacyjnych do zera przed laty przez producentów samolotów wierzymy w to, że nie są rozpylane chemikalia przeciwko nam. Nic śmiesznego, ale różaniec to było zaledwied preludium do narodowej krucjaty rodzimych przeciwników NWO. Ponieważ rząd ma na wszystko odpowiedź, w tej kwestii wprowadza dowody tożsamości z chipami, chipuje zwierzęta na wszelki wypadek i pozostaje w oddaleniu od własnych przedwyborczych obietnic.  Trwa Fun polityczny pod publikę ze słowami Szczęść Boże zamiast Dzień Dobry. Swoją drogą, czego się spodziewaliśmy? Inności i mniejszości ma nie być, więc z praw życia w równości odpowiadam partyjnym rządowym towarzyszom Szczęść Boże.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Apokalipsa z wybuchem bomby atomowej?

Coraz to nowe interpretacje dobrze znanych przepowiedni, kierują myśli w kierunku absolutnego końca. Nikt nie wie co dotychczas ludzkość przeżyła, nie pamiętamy lądu przed wypiętrzeniem płyt tektonicznych, nie znamy dobrze współczesnej historii, nawet własne życie opowiadamy po części z przekazów rodzinnych, lecz końca jesteśmy pewni. Jak do tematu należy pidejść, kiedy nie chcemy mówić o Apokaliptycznych zapowiedziach w kontekście Księgi Św. Jana? Ot, zagadka! Czym ma być wielki wybuch i do jakiego zdarzenia z przeszłości szukać porównania?

Ekskomunikę nałoży kościół na tego, kto przytoczy skwapliwie skrywaną przez lata Przepowiednię Objawienia w Fatimie w nieco innym ujęciu niż doktryna obowiązująca, ale co tam, raz się żyje.

Nie, wybuchu nie będzie. Nawet gdyby takowy nadchodził, nikt go nie zechce przewidzieć. Wyzwolenie energii zwyczajowo materializuje się światłem, lecz we wspólnotach nikomu nie na rękę opowiadanie o wrogich zamiarach, więc politycy promienieją z plakatów dla spokoju ogółu i kolejnych kadencji. O zmierzających z dużą prędkością w kierunku Ziemi obiektach, nawet NASA milczy. Ba, zarzekają się naukowcy, że obiekt nie będzie przez nas ściągnięty i nie istnieje możliwość zagłady życia w ten sposób.

No, jak nie chcemy, to tak nie będzie. Nie chcieliśmy sprzedaży lasów państwowych, zniknęło kilka drzewek w inny sposób z mapy Polski. To jeszcze nic, zaledwie preludium zmian.
***
pierwsza publikacja 15 sierpnia 2017r.

piątek, 28 kwietnia 2017

Polska krajem stalkerów?

Stalking istnieje jako pojęcie w Kodeksie Karnym. Znalazł swoje umocowanie prawne w 2011 roku. Rozróżniono lolejno dwie strony ze stalkingem związane. Jedną jest osoba dopuszczająca się zabronionego prawem zachowania, drugą jest jej ofiara.

Stalkerem, czyli wyrządzającym szkodę z pozycji siły mającą celowo wyrządzić krzywdę bliźniemu, może być każdy, na każdym etapie swojego życia, w każdej formie relacji. Dopóki nie wywieramy presji, nie przymuszamy, nie stosujemy technik manipulacji, nie stosujemy gróźb karalnych ani niestosownych uwag czy uszkodzeń cielesnych, nie musimy się obawiać posądzenia z tego tytułu. Warto uważać na mienie własne, ale szanować cudze. Warto wiedzieć, że każda forma znęcania nad słabszym, może przyspożyć niebagatelnych problemów. Słabszy nie ma zachowywać się w określony sposób, dlatego że otoczenie tego wymaga, bo jest suwerenną osobą i jeżeli prawa nie łamie, nikt nie może wywierać na nim presji.

Stalkingowany jest tym słabszym, kto w żaden inny sposób nie może uciec przed presją, bo jako słabszy w wielu aspektach, nie ma szansy na obronę. Deficyty o różnej etymologii mogą pretendować człowieka do bezsilności wobec zdarzeń i ludzi.

Co może decydować o losie człowieka?
Zwyczajowo o losie człowieka decyduje w chwili obecnej jego status posiadania. Łatwo skwitować tę myśl w zdaniu klasyfikującym stalkingowanego do miana abderyty, gdy obserwujemy bierność i reakcje wycofujące aktywność wtedy, jak inni w tym miejsu brną do przodu niczym konie w galopie.

Tu, gdzie bieg straceńców po dobra wszelkie, może być ukryty niecodzienny życiorys, zbyt wiele doświadczenia i idącej w parze z nim wiedzy. Wiedza może decydować o wycofywaniu się przez rozmaite formy ucieczki stalkingowanego. W oparciu o ten wzorzec, powstała stosowana od lat, jedna z form przesłuchań prowadzonych przez zbrodniarzy komunistycznych. Polegała ona na wstępnym rozpoznaniu, jak skłonny do uległości jest zatrzymany. Ponieważ zatrzymany był zawsze podejrzanym, a podejrzany zawsze kłamie, bo taki dyktat szkoleń stosowano w Policji, która była uprzednio Milicją Obywatelską, ale podobnie do systemu państwa, zmieniła swą nazwę na ładniejszą brzmieniowo, nikt nie liczył się z zeznaniami, faktami, czy naruszeniem nietykalności cielesnej. Obywatele byli własnością państwa, Policja jego sprawiedliwością, a sprawiedliwość chadzała w standardzie zupełnie innymi scieżkami. Kto trafił na przesłuchanie, nie miał obrażeń cielesnych, uszedł z życiem, był podejrzanym społecznie. Społeczeństwo ferowało o nim wyrok etykietując go stygmatem konfidenta. Stąd lęki ucieleśnione w licznych obawach przed komisariatami, że ludzie w wielu przypadkach tracili życie właśnie tam. Taka była powojenna Polska. Mundur wcale chlubny nie był, a chodzili w nim nie tylko milicjanci i wojskowi. Komunizm pomógł w szufladkowaniu ludzi na tych, którzy współpracują aktywnie i tych, którzy współpracować będą (?).

Lata po roku 1989, przyniosły zmiany istotne dla świata, lecz w Polsce nie miała miejsca dekomunizacja. Zadziało się tak z przyczyny prostej, że całego narodu nikt odsunąć nie zdoła od pełnionych funkcji, stanowisk, pieniędzy, czy zwyczajnie nie zamorduje z dnia na dzień. Palono dowody przeciwko sobie, jak w latach pięćdziesiątych i trzydziestych XX wieku. Owszem, pozostały kopie porozsiewane po urzędach, klisze krzywdy i nieprawości, ale kto na starym zdjęciu dostrzeże iskrę zajadłej podłości w oku własnych dziadków, czy rodziców? Minęło wiele lat, kaźdy dzień wnosi coś nowego, ale człowiek pozostawiony sam sobie, bez świadomości korzeni własnej rodziny, nie rozpozna w sobie prawdziwych motywacji zachowania. Inni uciekają przed nim, sam wychodzi na głupca wielokrotnie, ale nikt nie podpowie mu, że stalking w krajach postkomunistycznych jest codziennością.

Jeżeli znęcano się nad tobą w dzieciństwie, zaraz zaczniesz się znęcać nad własnymi dziećmi. Dlaczego tak? Dlatego, że z upływem czasu zaczynamy coraz bardziej idealizować własny dom pochodzenia. Zapominamy ból, złość i chcemy, aby prawdą było to, co nam wpajano. Wpajano nam w krajach komunistycznych szereg bzdurnych powiedzonek, które nadal nie mają uzasadnienia, ale wszyscy je powielamy i cedujemy na innych. Skąd wiedza w narodzie o każdym człowieku? Jej nie ma. O każdym powinniśmy umieć powiedzieć w pierwszym zdaniu "człowiek" a dalej najpierw sprawdzić, jakie cechy, a nie ile pieniędzy ten człowiek posiada.
W Polsce krąży powiedzenie: "Jak do czterdziestki się nie dorobisz, to już się nie dorobisz". Równolegle do tego ukształtowano inne, równie bezpodstawne: "Uczciwością i pracą ludzie się bogacą"; "Pierwszy milion trzeba ukraść".  Smutne, bo tym sposobem określamy siebie, nie innych, jeżeli szafujemy tak bezwartościowym stygmatem, opowiadamy o własnych brakach.

Kraj postkomunistyczny nie oferował wolności pozwalającej na zdobycie majętności przed czterdziestym rokiem życia, o ile nie spadła na nas "radość" ze śmierci członka rodziny albo nie pojawiła się tajemnicza, pomocna dłoń sponsora, albo co najmodniejsze w już demokratycznej Polsce, nie zawarliśmy korzystnego finansowo małżeństwa. To uczciwe raczej nie jest, ale co tam, większa szkoda z narodowego żalu, który odczuwają wierzący w powiedzonka starszych i mądrzejszych. W kraju, który nie oferuje podstawy koniecznej do przeżycia, a jedynie publikuje kolejne statystyki z uśrednieniem płac minimalnych w odniesieniu do najwyższych, nie istnieje efektywna możliwość godnego zarobku. Godnego w rozumieniu zaspokojenia oprócz potrzeb najniższego rzędu (wyżywienie, rachunki), chociażby potrzeby kontaktu z kulturą, sztuką, edukacją, sportem i zdrowiem w rozumieniu także jego profilaktyki. Całość sprowadzono do wniosku z powiedzenia "Pierwszy milion trzeba ukraść", aby wzbudzić poczucie winy w tych, którzy bez spadku, bez korzyści z małżeństw, bez pracy w jej potocznym rozumieniu, bez kradzieży, spekulacji itd., nie musieli wyjechać z kraju, by nie poddać się stalkingowi.

Niechlubna fama o Polakach powstała w minionych dwudziestu latach, jej nigdy nie było, ale ona pochodzi od nas. Fałszywe przeświadczenia wnikają z ugruntowania w systemie, który wielu określało mianem zamordyzmu. Wielu spośród tych, którzy tu już nie wrócili.
Polacy mieszkający nadal w kraju, umiejętnie stosują stalking. Zmiana rządu nie gwarantuje równości, zatrzymania narastającego długu publicznego, nawet nie gwarantuje normalności w chorym systemie. Nie zmieni przeszłości narodu, nie wpłynie na historię, może zmienić naszą świadomość wzbogacając o kolejne doświadczenie i tyle. Każdy, kto targnie się na innego człowieka atakując go z uniemożliwieniem ucieczki, jest stalkerem i nie ma znaczenia czy pozostaje w danej rodzinie, czy nie. Nie obecny rząd wprowadził zmianę przepisów prawa w 2011 roku, zwyczajnie przepisy które mieliśmy wcześniej, nie były do zaakceptowania przez świat.

Mnogość współczesnych zgrzytów na arenie parlamentarnej jest tym, co Polacy znają, kochają i lubują się w tym pławić. Zmienność aktorskich ról między stalkerem, a stalgingowanym, jest nierozłączna z krajowym teatrem życia. Jakże upolitycznieni jesteśmy w kraju, skoro wiedząc o tym, że człowiek sam w sobie wartość stanowi, pożądamy uzupełnienia w kontekście całego szeregu kompikacji? Kto upoważnia do ferowania wyroków bez dokumentów? Chwilowo jesteśmy własnymi poszlakami bytu, korzeni, historii rodzin, kraju, bo tylko o sobie możemy autorytatywnie wyrazić wiążącą opinię, lecz niestety nie wolno jej wyrazić o przodkach, bo nie możemy mieć absolutnej pewności co do prawego życia w państwie komunistycznym, ani nieprawości w państwie policyjnym.

Relatywizm tutaj nie zaistnieje, wybór jest dychotomiczny. Albo zwycięży dobro, albo zło, jednakowoż tendencja komunistyczna została do ubarwiania rzeczywistości, stąd wynaturzony stalker zamienia się w potulnego pluszaka, a faktycznie słaba i prześladowana osoba ze stalkingowanego staje się stalkerem.

~©Agar~28 kwietnia 2017 r.

środa, 5 kwietnia 2017

Odzew: Dobra Zmiana

Jestem niewolnikiem, nie tylko boję się pisać prawdę, ale też czuję za każdą napisaną tezą, gorzko-kwaśne odium niemocy. Przeraża mnie wizja kraju skazującego na siebie tych ludzi, którzy nie mieli i nie mają żadnego wpływu na kształt rzeczywistości. Najbiedniejsi, bez interwencjonizmu państwa, margines bez patologii, za granicami pojmowania. "Oni" są nami, bo my nimi jesteśmy we własnym domu – Obcy.

"Dom"...
Co jakiś czas spływa krwią, nie ma w nim stałości, a zapowiedź dalszych braków swobody zawodowej, przygniata każdego, komu jeszcze odrobina uczciwości pozostała.

Narodowa moda na kłamstwa trwa w najlepsze, dlatego przyjęto niepisaną zasadę milczenia wobec nieprawości. Nic bardziej mylnego. Może slumpfować gospodarka, mogą trwać roszady u władzy, ale nikt nie może pozwolić sobie na wyzysk innych ludzi pod pozorem dobrych zmian w europejskim kraju.

Paradoks w tym, że zmianę rzadko kiedy widzimy w aspekcie dobra i zła. Obydwa zjawiska są efektem, który ma wywołać po jakimś czasie zmiana, więc z gruntu nikt nie jest w stanie przewidzieć wyniku. Polski rząd przewidział, za nim (złudzeniem) poszli zmęczeni Rodacy.

Często dobre założenia nie prowadzą do celu. Wystarczy cofnąć się pamięcią do przełomu lat 1989-90, aby wyraźnie dostrzec, że wynik dalece odbiega od założenia, a dyskusja nad efektami stale trwa. Przykład kontekstu terminologicznego zmian, dał obecny rząd, lecz to jest jedynie założenie. Rodzaj myślenia magiczno-życzeniowego o przyszłym działaniu.

Kapitalistyczne rekiny krajowej finansjery, szybko podchwyciły hasło i czyniąc modę na wyzysk z użyciem wszystkich paragrafów prawem zakazanych, wprowadzają natychmiastowe zmiany. Cóż, duży się nie boi, ma sztab prawny, ubezpieczenie od niechcianych zdarzeń, nic mu nie grozi, ale brak wyobraźni spowoduje zamiast zakładanych pozytywnych efektów optymalizacji, znaczne uszczuplenie kadr rekina.

Oczywiście wśród jego pracowników, obowiązuje zakaz dzielenia wiedzy o wprowadzanych zmianach z osobami spoza firmy, bo kiedy Pryncypał nie jest skończonym kretynem, sam na siebie bicza nie uplecie. Solidarni wobec oblicza wyzysku, mogą strajkować i szukać innego pracodawcy, bo jeżeli zaaprobują mimo sprzeciwu zmiany, w krótkim czasie utracą siły witalne, a takich ludzi każda korporacja zostawia na bruk. Podobny los spotyka tych, którzy zaczynają myśleć, bo ich swoboda nie idzie w parze z założeniami korporacyjnego niewolnictwa. Szybko zacznie rozumieć ten, którego korporacja zmusiła do kredytu na auto, kolejno na wpłatę za firmową wycieczkę, później na zmianę mieszkania, ale jedynie zapowiedziano podwyżkę, do tej nie doszło.

Niestety, obecnie to jedyny atut z resztek przyzwoitości, że można pracować dla rynkowego monopolisty.
Podziały społeczne widoczne są coraz bardziej, a nie o to walczyła Polska przez wieki, by ktokolwiek za nią w czasach pozoru wolności umierał z głodu i bezsilności, bo transakcje bezgotówkowe w weekendy nie działają.

~©by Agar~ 5 kwietnia 2017 r. z póź. zm.